T. S. Eliot - Miłosna pieśń J. Alfreda Prufocka

Autor: P H, Gatunek: Przekład, Dodano: 28 lipca 2011, 13:02:32

Miłosna pieśń J. Alfreda Prufocka

 

Gdybym przypuszczał, że słucha istota,
Co się z tych ciemnic na słońce wybije,
Nie drgnąłby więcej płomień mego knota.

Lecz że z czeluści tych stopy niczyje
Nie powróciły życiem odzyskanem,
Bez trwogi tobie mą hańbę odkryję

 

Zatem pójdźmy,  ja i ty,

Gdy wieczór rozpostarty na niebie,

Jak pacjent na stole uśpiony eterem;

Pójdźmy przez niemal bezludne ulice,

Tam szepczące zacisze

Bezsennych nocy w tanich hotelach

I knajpach pełnych trocin, muszli po ostrygach:

Ulice ciągnące się jak żmudny racja

Z podstępnym zamiarem

By doprowadzić do przybijającego pytania…

O, nie pytaj, „Co to jest?”

Pójdźmy i złóżmy wizytę.

 

W pokoju gdzie pani rozmija się z panią

Tematem rozmowy został Michał Anioł.

 

Żółta mgła co ociera plecy o szyby okien,

Żółty dym co ociera pysk o szyby okien

Własny język zapoznaje z wieczorem,

Marudząc nad rynsztokiem,

Pobrudził sobie plecy sadzą z wymurówek,

Stoczył się z tarasu niespodziewanym skokiem,

A ujrzawszy, że spokojna noc październikowa,

Zwinął się w kłębek i zasnął.

 

I zaprawdę nadejdzie czas

Że żółty dym ślizgał się będzie ulicami,

O szyby okien ocierając plecami;

Nadejdzie czas, nadejdzie czas

Że przysposobisz twarz na spotkanie z napotkanymi twarzami;

Nadejdzie czas zabijania i płodzenia,

Czas wszystkich pracy i dni dla rąk

Które rzucają pytanie na twój talerz;

Czas dla mnie i dla ciebie,

I czas dla roztrząsania stu rozterek,

Stu wizji i rewizji,

Nim podadzą grzankę z herbatą.

 

W pokoju gdzie pani rozmija się z panią

Tematem rozmowy został Michał Anioł.

 

I zaprawdę nadejdzie czas

By podumać, „Czy starczy odwagi?”

Czas, by zawrócić i zejść po schodach,

Bowiem pole łysiny pośrodku czupryny –

(Powiedzą: „Jak mu zrzedły włosy!”)

Mój poranny żakiet, kołnierzyk opinający brodę,

Mój krawat ze zwykłą szpilką, elegancki, lecz skromny –

(Powiedzą: „Jak wątłe są jego kończyny!”)

Czy starczy odwagi

Aby zmącić rytm wszechświata?

W tej minucie, kiedy czas

Na decyzje i rewizje, które minuta ta

może odwrócić w coś przeciwnego.

 

Bo znam już wszystkie, znam wszystkie –

Znam wieczory, poranki, popołudnia,

Łyżeczkami do kawy wymierzyłem życie;

Znam głosy konające w konającej kadencji

Pod melodię z dalszego pokoju.

            Jak zatem mógłbym się ośmielić?

 

I znam już wszystkie oczy, znam wszystkie –

Oczy, które wkładają mnie w formułkę,

A kiedy sformułują, nabijają na szpilkę,

I, przygwożdżony, po ścianie się wiję,

Jakże zacząć bym mógł

Wypluwać niedopałki moich dni i dróg?

Jak zatem mógłbym się ośmielić?

 

I znam już wszystkie ramiona, znam wszystkie –

Ramiona w bransoletkach, białe, obnażone

(Lecz w świetle lampy jasnym puszkiem opalone!)

Czyżby perfumy tej sukienki

Czyniły mnie tak roztargnionym?

Ramiona owinięte w szal i oparte o stół.

Jak zatem mógłbym się ośmielić?

Jakże zacząć bym mógł?

 

……….

 

Powiedzieć, że chodziłem o zmierzchu uliczkami,

Śledząc dym, który unosił się z fajek

Samotnych mężczyzn, wychylających się z okien w koszulach?

 

Powinienem być parą postrzępionych kleszczy

Umykających dnem cichego morza.

 

………

 

A popołudnie, wieczór, tak spokojnie śpi!

Ugładzony przez długie palce,

Senny… zmęczony… albo symulant,

Wyciągnięty na podłodze, obok nas.

Czy powinienem, po herbacie, ciastkach i lodach

Mieć na tyle siły, by pokonać słabość?

A choć płakałem i pościłem, płakałem i zanosiłem modły,

Choć ujrzałem mą głowę (cokolwiek łysą) rzuconą na tacę,

To nie jestem prorokiem – to tu bez znaczenia;

Ujrzałem przez mgnienie cień mojej wielkości,

Ujrzałem jak wiekuisty Sługa podaje mi płaszcz i parska,

I, mówiąc krótko, jestem przestraszony.

 

I jaka wartości w gruncie rzeczy

Po kawie, konfiturze i herbacie,

Paru pogadankach o nas wśród porcelany,

Jaka wartość w sumie,

Że wgryzasz się w problem z uśmiechem,

Utaczasz wszechświat w kulę,

Tocząc do przybijającego pytania,

By rzec: „Jam Łazarz, zza grobu wróciłem,

By opowiedzieć ci wszystko, wszystko ci opowiem” –

A ona, kładąc poduszkę pod głowę:

            „Nie o to mi wcale szło.

              Nie o to mi szło”.

 

I jaka z tego wartość w gruncie rzeczy,

Jaka wartość w sumie

Z zachodów słońca, podwórek, przyprószonych ulic,

Z powieści, filiżanek, sukien wlokących się podłogą,

Z tego, i z tylu innych rzeczy?

Niemożliwe, by wysłowić co czuję!

Jeżeli nawet układ nerwów na ekran rzuci magiczna latarnia:

Jaka wartość z tego w sumie, jeśli ona,

Kładąc poduszkę czy rzucając szal,

Powie, w stronę okna zwrócona:

            „Nie o to mi wcale szło.

              Nie o to mi szło”.

 

……..

 

Nie! Nie jestem Książę Hamlet, być nim nie zamierzam;

Jestem szambelan, który

Pcha akcję naprzód, zaczyna jedną czy dwie sceny,

Radzi księciu; łatwy jest w obsłudze,

Przy tym pewny, uległy, szczęśliwy w przysłudze,

Zręczny, przezorny, staranny;

Patetyczny, lecz dosyć tępy;

Czasami, rzeczywiście, niemal absurdalny –

Czasami niemal Błazen.

 

Starzeję się… Starzeję się…

Muszę podwinąć mankiety moich spodni.

 

Czy przedziałek zrobić z tyłu? Czy odważę się zjeść brzoskwinię?

Idąc na spacer po plaży w spodniach z białej flaneli,

Usłyszałem śpiew syren, gdy nawoływały.

 

Nie sądzę, by dla mnie tak śpiewały.

 

Widziałem, jak mknęły na falach ku morzu,

Czesząc białe włosy nadchodzącym falom,

Gdy wiatr taflę wody wichrzył biało-czarną.

 

Nasze życie w podwodnych salonach przemija,

Spowite przez towarzyszki w rude wodorosty,

Aż ludzki głos, budząc nas, zatopi w głębinach.

Komentarze (10)

    • P H
    • 28 lipca 2011, 13:07:59

    1. Traktuję przekład jako pogłębioną lekturę. Mniej więcej tak jak Herbert. Ma on w sobie wiele niedoskonałości i dlatego proszę o krytyczne opinie. Uczę się, tłumacząc. (Jestem dość młodym, bądź co bądź, człowiekiem, jeśli to mnie, w tym przypadku, choć trochę usprawiedliwia).

    2. Co o "Purfocku"? Jest to tekst o mężczyźnie, którego dosięgnął kryzys wieku średniego, połączony z miłosnym rozczarowaniem/niemożnością wyznania miłości. W tekście kluczowe znaczenie mają, moim zdaniem, rymy, których nie byłem w stanie oddać w pełni, ani, podejrzewam także, choćby w części. Myśl toczy się w tekście swobodnie, zabieg strumienia świadomości. Bardzo polecam tłumaczenie Pomorskiego w książce "W moim początku jest mój kres". Świetne tłumaczenia i wspaniałe komentarze.

    (Pierwsze sześć wersów za Porębowiczem - Dante "Boska komedia").

    • P H
    • 28 lipca 2011, 13:08:24

    Tutaj oryginał:


    The Love Song of J. Alfred Prufrock

    S'io credesse che mia risposta fosse
    A persona che mai tornasse al mondo,
    Questa fiamma staria senza piu scosse.
    Ma perciocche giammai di questo fondo
    Non torno vivo alcun, s'i'odo il vero,
    Senza tema d'infamia ti rispondo.

    Let us go then, you and I,
    When the evening is spread out against the sky
    Like a patient etherized upon a table;
    Let us go, through certain half-deserted streets,
    The muttering retreats
    Of restless nights in one-night cheap hotels
    And sawdust restaurants with oyster-shells:
    Streets that follow like a tedious argument
    Of insidious intent
    To lead you to an overwhelming question…
    Oh, do not ask, "What is it?"
    Let us go and make our visit.

    In the room the women come and go
    Talking of Michelangelo.

    The yellow fog that rubs its back upon the window-panes,
    The yellow smoke that rubs its muzzle on the window-panes
    Licked its tongue into the corners of the evening,
    Lingered upon the pools that stand in drains,
    Let fall upon its back the soot that falls from chimneys,
    Slipped by the terrace, made a sudden leap,
    And seeing that it was a soft October night,
    Curled once about the house, and fell asleep.

    And indeed there will be time
    For the yellow smoke that slides along the street,
    Rubbing its back upon the window-panes;
    There will be time, there will be time
    To prepare a face to meet the faces that you meet;
    There will be time to murder and create,
    And time for all the works and days of hands
    That lift and drop a question on your plate;
    Time for you and time for me,
    And time yet for a hundred indecisions,
    And for a hundred visions and revisions,
    Before the taking of a toast and tea.

    In the room the women come and go
    Talking of Michelangelo.

    And indeed there will be time
    To wonder, "Do I dare?" and, "Do I dare?"
    Time to turn back and descend the stair,
    With a bald spot in the middle of my hair—
    [They will say: "How his hair is growing thin!"]
    My morning coat, my collar mounting firmly to the chin,
    My necktie rich and modest, but asserted by a simple pin—
    [They will say: "But how his arms and legs are thin!"]
    Do I dare
    Disturb the universe?
    In a minute there is time
    For decisions and revisions which a minute will reverse.

    For I have known them all already, known them all—
    Have known the evenings, mornings, afternoons,
    I have measured out my life with coffee spoons;
    I know the voices dying with a dying fall
    Beneath the music from a farther room.
    So how should I presume?

    And I have known the eyes already, known them all—
    The eyes that fix you in a formulated phrase,
    And when I am formulated, sprawling on a pin,
    When I am pinned and wriggling on the wall,
    Then how should I begin
    To spit out all the butt-ends of my days and ways?
    And how should I presume?

    And I have known the arms already, known them all—
    Arms that are braceleted and white and bare
    [But in the lamplight, downed with light brown hair!]
    Is it perfume from a dress
    That makes me so digress?
    Arms that lie along a table, or wrap about a shawl.
    And should I then presume?
    And how should I begin?

    . . . . .

    Shall I say, I have gone at dusk through narrow streets
    And watched the smoke that rises from the pipes
    Of lonely men in shirt-sleeves, leaning out of windows? …

    I should have been a pair of ragged claws
    Scuttling across the floors of silent seas.

    . . . . .

    And the afternoon, the evening, sleeps so peacefully!
    Smoothed by long fingers,
    Asleep… tired… or it malingers,
    Stretched on the floor, here beside you and me.
    Should I, after tea and cakes and ices,
    Have the strength to force the moment to its crisis?
    But though I have wept and fasted, wept and prayed,
    Though I have seen my head [grown slightly bald] brought in upon a platter,
    I am no prophet—and here's no great matter;
    I have seen the moment of my greatness flicker,
    And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker,
    And in short, I was afraid.

    And would it have been worth it, after all,
    After the cups, the marmalade, the tea,
    Among the porcelain, among some talk of you and me,
    Would it have been worth while,
    To have bitten off the matter with a smile,
    To have squeezed the universe into a ball
    To roll it toward some overwhelming question,
    To say: "I am Lazarus, come from the dead,
    Come back to tell you all, I shall tell you all"—
    If one, settling a pillow by her head,
    Should say: "That is not what I meant at all.
    That is not it, at all."

    And would it have been worth it, after all,
    Would it have been worth while,
    After the sunsets and the dooryards and the sprinkled streets,
    After the novels, after the teacups, after the skirts that trail along the floor—
    And this, and so much more?—
    It is impossible to say just what I mean!
    But as if a magic lantern threw the nerves in patterns on a screen:
    Would it have been worth while
    If one, settling a pillow or throwing off a shawl,
    And turning toward the window, should say:
    "That is not it at all,
    That is not what I meant, at all."

    . . . . .

    No! I am not Prince Hamlet, nor was meant to be;
    Am an attendant lord, one that will do
    To swell a progress, start a scene or two,
    Advise the prince; no doubt, an easy tool,
    Deferential, glad to be of use,
    Politic, cautious, and meticulous;
    Full of high sentence, but a bit obtuse;
    At times, indeed, almost ridiculous—
    Almost, at times, the Fool.

    I grow old… I grow old…
    I shall wear the bottoms of my trousers rolled.

    Shall I part my hair behind? Do I dare to eat a peach?
    I shall wear white flannel trousers, and walk upon the beach.
    I have heard the mermaids singing, each to each.

    I do not think that they will sing to me.

    I have seen them riding seaward on the waves
    Combing the white hair of the waves blown back
    When the wind blows the water white and black.

    We have lingered in the chambers of the sea
    By sea-girls wreathed with seaweed red and brown
    Till human voices wake us, and we drown.

  • Nie będę krytykował, bo jeśli się jest tak młodym człowiekiem jak Ty, i w taki sposób się pisze i przekłada, to pozostaje tylko się pokłonić. Ja tak nie potrafię, i zapewne nigdy potrafił nie będę. Trzeba mieć to "coś" w środku, co się talentem nazywa. Ty to masz z pewnością! W kilku miejscach szwankuje interpunkcja. Ale to tyle ode mnie. Jestem pod wielkim wrażeniem, muszę się napić :D! Pozdrawiam! :) Chapeau bas!

  • Eliot to pierwszy prawdziwy poeta z jakim się zetknęłam przed bardzo wielu laty i pierwsza fazcynacja. Mam tę pieśń w tłumaczeniu Dulęby, wiersz jest oczywiscie o wiele dłuższy i trochę jednak inaczej brzmi. Eliot ma bardzo charakterystyczną, rozpoznawalną frazę, którą należy zachować'
    Początek Dulęby:
    Chodćmy więc, ty i ja,
    Skoro wieczór na niebie rozpostarty trwa
    Jak pacjent odurzony eterem na stole;
    Chodźmy, przez jakieś na pół wyludnione zaułki,
    itd itd.

    Pierwszw dwa wersy się rymuja i to jest eliotowske, to musi być zachowane.

  • To ja pozwolę się dołączyć do dyskusji swoim wypracowaniem na ten temat:

    http://alx-z-poewiki.liternet.pl/tekst/piesn-milosna-j-alfreda-prufrocka-t-s-eliot

    • P H
    • 28 lipca 2011, 14:44:31

    Łukaszu, bardzo mi miło. Dziękuje.

    Eliot to poeta, którego znaczenia trudno przecenić. Temu tekstowi potrzeba jest w tłumaczeniu jak najwięcej rymów, właśnie tych Eliotowskich.

    Z tego, co wiem, tekst to całość "Prufocka". Tekst stanowi pierwszy tekst tomu pt. "Prufock and other observations".

    http://en.wikisource.org/wiki/The_Love_Song_of_J._Alfred_Prufrock

    Nota bene, z tego tomu przetłumaczyłem kieddyś tekst "Morning at the window".

    Poranek w oknie – T.S. Eliot

    Pobrzękują talerzami ze śniadaniem w suterynach,
    I wzdłuż krawężników na przedeptanej ulicy
    Spostrzegam że mozolne są dusze kucharek
    Zapuszczające w bramach płytkie korzonki.

    Zbrązowiałe fale mgły wędrują ku mnie
    Strapione twarze z dołu ulicy,
    I łzy kobiety z zabrudzoną spódnicą
    Idiotyczny uśmiech, który unosi się w powietrzu
    By zniknąć na wysokości dachów.

    They are rattling breakfast plates in basement kitchens,
    And along the trampled edges of the street
    I am aware of the damp souls of housemaids
    Sprouting despondently at area gates.

    The brown waves of fog toss up to me
    Twisted faces from the bottom of the street,
    And tear from a passer-by with muddy skirts
    An aimless smile that hovers in the air
    And vanishes along the level of the roofs.

    Tłumaczenie gubi rymy. No, ale było ;)

  • Autorze, szacunek za samą próbę, ALE właśnie dlatego, że tej próbie wcale nie tak wiele potrzeba, żeby być niezłą, warto popracować. Są naprawdę fajne fragmenty, które przeplatają się z momentami nie tyle źle przetłumaczonymi, co po prostu brzmiącymi niezgrabnie po polsku, np.

    By doprowadzić do przybijającego pytania…
    (...)

    W pokoju gdzie pani rozmija się z panią
    Tematem rozmowy został Michał Anioł.

    doprowadzić do pytania?
    tematem rozmowy został... no brzmi dla mnie przyciężkawo.
    W tym miejscu zresztą chyba słowo "rozmija się" jest trochę zbyt mało neutralne. Chyba "mija się z Panią", jeśli już miałbym używać podobnej formy.

    Albo taka dziwaczna konstrukcja:

    Oczy, które wkładają mnie w formułkę,
    A kiedy sformułują, nabijają na szpilkę,

    a za nią z kolei bardzo śpiewny i udany rym:

    Jakże zacząć bym mógł
    Wypluwać niedopałki moich dni i dróg?

    Nie mam tyle czasu, żeby wyliczać wszystkie, ale potencjał jest, warto jeszcze wygładzić.

    Pozdrawiam:)

    • P H
    • 28 lipca 2011, 21:42:39

    Dzięki za uwagi. Rozważę. :)

  • Tak od pierwszego czytania podoba mi się końcówka od słów:

    "Nie! Nie jestem Książę Hamlet..."

    Tam słychać jakiś nerw, który unosi ten tekst. To mi się podoba. Nad resztą muszę podumać. Niestety sam zrosłem się ze swoim tłumaczeniem tak bardzo, że niezwykle trudno jest mi się oderwać od niektórych wymyślonych przeze mnie rozwiązań. ;)

  • Nie chciałabym, żebyś mnie źle odebrał, ale ta wersja wymaga pracy. Nie mogę na to patrzeć jako na "pogłębioną lekturę", gdyż jest tłumaczona zbyt dosłownie (a co za tym idzie pierwsza warstwa nie jest lekturą pogłębioną), natomiast są momenty, które naprawdę mi się podobają.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się